Logowanie   ?> /td>
Rzeszowski Team Paralotniowy 

Zapytasz zapewne czemu "Born to Fly" ?
Nie ma prostej odpowiedzi na to pytanie. Każdy z nas zapytany o to samo odpowie Ci co innego ...
ale na pewno zrozumiesz jedno, ... że nie umiemy już inaczej. Nie umiemy NIE LATAĆ

W serwisie
HOME
Team i okolice
Piloci i Sympatycy
Galeria
Opisy wyjazdów i imprez
Miejsca do latania
Plikownia
Kontakt
Nasz dorobek
Nasz dorobek w OLC w 2008
Nasz dorobek w OLC w 2009
Nasz dorobek w OLC w 2010
Nasz dorobek w OLC w 2011
LiveTracks

Borny !



OpenFly

Karpaty


Forum PG
Planowanie wyjazdów
Gdzie latać ?
Let's talk about ...
On-line Czat BTF ...
Żony i kochanki :)
Giełda sprzętu
... know how
... co nieco o sprzęcie
Forum PPG
Planowanie latania PPG
Let's talk about ...PPG
Godne polecenia
Znajomi w Sieci
Filmy
Szkoły paralotniowe
Serwisy pogodowe
...inne linki
xcc.paragliging.pl
XContest - punktacja dzienna

KSIĘGA GO¦CI
Polecane
Niviuk
Advance
SOL Paragliders
Ozone
UP

 Lista sprawozdań z wyjazdów TEAMowych:
Rozwinięcie wątku:
Norma 2009

Jest właśnie godzina 6:05. Siedzimy już na Lijaku. Wokoło żywego ducha, terepie nas zimno bo stopni raczej tylko 2 - na plusie całe szczęście. Nie wiem co mnie podkusiło poza Zbyszkiem oczywiście, który posadził mnie przy klawiaturze i mówi ... pisz Przezes, pisz. Relax właśnie pokusił się o groźby karalne. Zbyszek mówi że nie ma w kodeksie tego co Relax usiłuje pod tym hasłem, ale ja wolę nie ryzykować. Pogoda wygląda na całkiem fajną. Zapowiada się słoneczny dzień . Chłopaki krzątają się przy śniadaniu. Przyplątała się do nas jeszcze jakaś słoweńska dzi... hmmm dziewka w kocu. Nachalnie namawia nas na ... hmmm . Szczególnie spodobał jej się Zbyszek ;)

fota 1 | Fota 2 | Fota 3
Arek


Dodano: 2009-03-07

14.03.2009

Anteny Nasze !!!
Na Camp Lijak dotarliśmy o 6.30 rano. Droga ciężka, trochę niewyspani ale w sumie docierając tu mamy 40% drogi do domu za sobą. Niebo niby czyste ale jak będzie naprawdę trudno zgadnąć. Zbyszek i Grzesiek wyciągnęli materac i na zaspanym polu namiotowym jęło się słyszeć charakterystyczne odgłosy pompowania. Relax i Mariusz pozostali w aucie. Ja nie miałem tyle samozaparcia i wsadziwszy się w śpiwór poległem na ławce po jednym z zadaszeń. Zimno (-2 st.) przełamałem przykrywając się po samo czoło. Grzesiek i Zbyszek zrobili to samo. Wyglądaliśmy razem jak trzy porzucone larwy motyla Paraglidusa Cross Cantrusa - skądinąd bardzo drapieżnej odmiany. Ciekawskich odsyłam do encyklopedii entomologii ;) Tak dotrwaliśmy do poranka kiedy to pierwsze promienie słońca przedzierzgiwały się przez płótno śpiworów. O wschodzie jak na larwy przystało przeistoczyliśmy się w stadium finalne naszego gatunku. Mariusz I Relax również rozpoczęli swoje resurection.
Pospieszne śniadanka, przywitanie się z Aleksandrem, zakup flycart I jedziemy na startowisko. Na miejscu kupa ludzi. Cześć już w powietrzu, cześć prawie w powietrzu a reszta się szpei. Rytuał zastał rozpoczęty I my również zajęliśmy miejsce w szeregu. Chciałoby się rzec ruch jak na lotnisku. Wiatr wieje dość mocno wiec żagiel I słaba termika spokojnie utrzymuje wszystkich w powietrzu. Szczęście sprzyja I tym co zbierają wysokość nad stokiem I tym co (zupełnie nie wiem po co) pognali na przedpole.
Starty jeden za drugim udane. Grzesiek, za nim ja I wreszcie Zbyszek. Mariusz przygląda się co I jak bo pierwszy raz dziś jest na Lijaku. Dociera zadyszany Relax, który wraca się po okulary.
Jazda najpierw ligh-towa. Później trochę szarpie a w oddali widać już śmiałków na trasie. Nikt dziś nie czeka. Jakoś wszyscy tak odważnie lecą w jednym kierunku. Inna sprawa, ze większość skrzydeł ma zacięcie sportowe. Kolorowo jak w akwarium. Razem z Grześkiem wykręcamy się dość szybki I jazda na trasę. Zbiera się tez Zbyszek. Troce wolniej ale rzeźbi. Idziemy równo po stoku raz tracąc raz zyskując wysokość kręcąc kominki. Tak docieramy nad pierwsza dolinę. Grzesiek jest już przede mną możne kilometr. Leci niżej bo ja dokręcam po drodze dość spore noszenie. Pierwotny plan zakładał dolecenie do tego punktu I odwrót. Podejmujemy desperacka decyzje przeskoku. Zobaczymy, możne się uda. Goni nas Zbych ale ma do nas ok 1,5 km. K woli wyjaśnienia pierwsza dolina zaczyna się za wysokim szczytem masywu I wiedzie ok 2 km przez teren nizinny o zróżnicowanej charakterystyce. Są i domostwa, są sady, są także pola obsadzone winogronem. Czasem zdarzają się miejsca do lądowania.
Grzesiek wciska bele I jazda. Jest niżej ale konsekwentnie tnie powietrze zmierzając na druga stronę Ja obieram nieco inny kierunek ale widać myślimy podobnie. Oby jak najszybciej przykleić się do stoku. Przeskok się udaje obojgu. Grzesiek łapczywie szuka teraz sposobu by odzyskać utracona wysokość Ja po przeskoku mam jej jeszcze nieco w zapasie.
W radiu słychać pościg Zbycha, który lokalizuje nas na trasie po długości przelotu. Do głowy dociera myśl, skoro poszło gładko to może by tak dalej ?! Na horyzoncie majaczą drobinki glajtow przy drugiej dolinie. Kominy rozwiane dość mocnym wiatrem zabierają przy kręceniu wgłąb grzbietu skąd później trudno wrócić a wciskając speed traci się więcej niż się zyskało Wiemy to już I Grzesiek I ja. Nie robimy więcej ja 3, 4 zwitki w mocnym noszeniu I jazda dalej. Nosi prze żlebach Korzystamy z tego nad wyraz często Grzesiek z kominem zabiera się nad koniec masywu a początek doliny. Widzę ze mierzy się z przeskokiem. Wspominam przez radio ze uprzedzano mnie by ta druga dolinę brać mocna podkowa wchodząc na przedpole. Jak się okazuje jest to trafna decyzja. Grzesiek wciska bele do spodu, ja zbieram jeszcze wysokość I dochodzę do krawędzi przeskoku. Widzę kilka glajtow których piloci nie znali tajnego przejścia jak szukając najkrótszego przejścia wpakowali się w dolinę I tera ani speed ani machanie rekami czy nogami ni przynosi skutku. Wiatr dolinowy wciska ich wgłąb doliny. Czasem udaje im się wyjść z lekka na przedpole by stracić zaraz to co nadrobili, kiedy komin daje im odrobić wysokość Zabiera ich przy tym w znanym już kierunku. I co ? Powtórka z rozrywki. Widząc co się dzieje kieruje się na podkówkę I dalej jazda. Przed przeskokiem mam 600 m ponad start. Kończę go tracąc 300 m. Wita mnie pionowy masyw poszarpanych skal, który nosi jak wściekły mimo ze niebo przykryte już chmurami do cna. Wysokość odrabia tez Grzesiek. Kontakt ze Zbychem się urywa. Nie mamy tez wieści od Relaxa I Mariusza. Na wszelki wypadek puszczam w eter ta sama cenna wskazówkę dotyczącą przeskoku, która teraz znamy i Grzesiek i ja.
Skały przy których się kręcimy są piękne Szarpane zbocza tworzą niesamowite fiordy mocno wcinające się w grzbiet. Widać jak natura kreowała erozja cały masyw.
Skały wynoszą nas nad gran. Widać już osławione anteny, których osiągniecie jest marzeniem każdego pilota, który tu przyjeżdża. W głowie kołacze się marzenie: może i ja dziś dołączę do grupy Tych co tam byli. Może się uda. Dzieli nas przecież możne 2, 3 km. Zbierany wysokość wpatrzeni już tylko w jeden cel: dwa maszty królujące na szczycie jak korona zdobi głowę króla. Grzesiek dokręca I już jest u celu :) Do Korony Lijaka dochodzę po chwili i razem spotykamy się przy naszym celu. W eter wzbijają się gratulacje. Ponieważ wiatr wzmaga się a koniec doliny tylko nasila ten efekt obieramy miast powrotu kierunek na Postojna. Zaszczytem daje się odczuć zawietrzna, która tarmosi na wszystkie strony. Bela wiec do spodu i na liczniku pokazuje się 60-70 km/h. Pod nami autostrada a nasze prędkości pozwalają nam oglądać spokojnie auta pod nami. Radujemy niemal synchronicznie. Radości nie ma końca. Wywołujemy Zbycha ale w eterze cisza. Przelot kończymy za 40 km od startowiska. Jeszcze kilka zdjęć I informacja dla chłopaków i najbliższych o wyczynie. Telefonicznie dowiadujemy się o tym, ze Mariusz polatał i składa skrzydło, Relax korzysta z warunku i w sumie robi 15-tkę a Zbyszek, ... także jeszcze na trasie. Okazuje się po spotkaniu, że Zbych także dobył do anten, wrócił kawałek i jeszcze raz zawrócił na trasę dobijając przelot 78 km. To był naprawdę dobry dzień.
arek


Dodano:2009-03-15
Nieźle daliście ognia. Trzech naszych w pierwszej dziesiątce w klasie sport Zbyszek trzeci szacun i gratulacje. Wielki szacun. Swoją drogą Zbychu ciekawy jestem co niosło za sobą większe ryzyko lot w ekstremalnych warunkach 100 na godzinę , czy ta "panienka" w kocu na początku wyprawy he he , ale to chyba temat na najbliższego grilla. Pozdrawiam
Paradziadek
Dodano:2009-03-15
Mocne uderzenie na koniec wyjazdu. Brawo chłopaki.
Tomek
Dodano:2009-03-15
Gratulacje!! Dziś dostałem info że chłopaki zaliczyli "Anteny" Superrrr!!
Piach
Dodano:2009-03-14
I od razu po wrzuceniu tracków w kalsyfikacji klubowej BTF o 3 miejsca wyżej, a Ty o 18 pozycji w górę (ocierasz się o pierwszą 10-tkę). Oby Lijak otworzył przed Wami szansę na kolejne uniesienia.
Tomek
Dodano:2009-03-14
Ostatni dzień w Normie. Pobudka z trochę ciężka głowa po wczorajszej eskapadzie po Sermonecie. Zwiedzaliśmy raz jeszcze stare miasto. Zal wyjeżdżać z takiego urokliwego zakątka. W przyjaznej atmosferze wymeldowaliśmy się z hostelu. Właścicielka opuściła nam jeszcze opłatę, wiec mieliśmy bonus. Na startowisku po 11-tej widać już było z dolo startujące glajty. Trzymały się w gorze ale bez rewelacji. Szybkie przygotowanie sprzętu I w gore. Grzesiek dziś odpalił pierwszy. Trzyma się w gorze ale jak inne glajty raz to na wozie a raz pod wozem. Wraz ze Zbychem startujemy gdy ptak przed startowiskiem markuje komin. Wydaje się ze komin pewniak a tu, okazuje się dopiero w jakim stylu termę przygotowała dla nas przyroda. Dość silny wiatr dopycha kominy do stoku ale tuz nad granica startu rwie noszenia tak, ze trudno wybrać pełny zakręt. Mocniejsze kominy dają jeszcze rade I pozwalają się dosiąść. Słabsze tylko kusza dźwiękiem waria by po kilkunastu sekundach dać do zrozumienia ze figa z makiem a nie podstawa. Chłopaki wykręcają jeden mocniejszy I uderzają na rekonesans. Wiatr niemiłosiernie spycha nad miasto I dalej. Po jakimś czasie wracają na tarczy. Powtarzam ich wyczyn dokładnie tym samym scenariuszem. Grzesiek ze Zbyszkiem I Relaxem zabierają się z kolejnym kominem I planują przeskok na Sermonete. Relax wraca do mnie kiedy żebram o wysokość po raz kolejny przy startowisku. W radiu pada pytanie: Arek lecisz z nami ? Odpowiadam , ze nie bo z ta wysokością mogę tylko komfortowo wybrać ale na lądowanie. Chłopaki ruszają w trasę razem. W tym samym czasie udaje mi się złapać niezłe noszenie I z ok. 600 m przewyższeniem odpalam na Normę. Przeskakuje przez dolinę ale ślad Grześka i Zbycha wyznaczają tylko małe kropeczki na końcu masywu przy Sezee. Wysokość spada niemiłosiernie szybko. Bela by uciec z duszenia ponad 4- mierny przynosi efekt. Zaczynam się rozglądać za lądowiskiem, którego w tym miejscu jak na lekarstwo.
Trzeba Wam wiedzieć, ze teren Normy u postawy jak I później na trasie jest jedna wielka plantacja oliwek. Sad za sadem. A właściciele sadów, po wylądowaniu ponoć od razu dzwonią po Carabinierii. Zatem decyzja o lądowaniu w miejscu gdzie ono jeszcze jest w miarę bezpieczne jest naprawdę trudna. Decyzja o kontynuowaniu trasy to gra Va Bank - ale to moje zdanie oczywiście.
Wysokość spada, ale w głowie kołacze się stwierdzenie: chcesz latać Cross Country - nie bój się duszenia tylko myśl rozsądnie. Lece zatem konsekwentnie próbując wywęszyć komin. Chłopaki w tym czasie delektują się budującą się chmurka. Decyzja: wracam nad kamieniołom. Tam od czasu do czasu nosi. Jak się później okazuje mój wybór to strzał w dziesiątkę. Dostaje windę na 3+. W radiu słyszę licytacje jak wysoko jest dziś podstawa: 1590, nie ja mam 1670,... . Pod koniec mój komin napręża mi linki dając 6,5+. Jazda ze hej ... W końcu dołączam się do licytacji i przebijam stawkę ... Guzik Panowie wiecie... Dziś sufit jest na 1720 m :)) . Zaraz pada pytanie ... To ty jeszcze kręcisz ? Odpowiadam ... Tak, i mam się dobrze. Uśmiech nie gaśnie mi na twarzy jeszcze długą chwile. Bela do spodu I przeskok nad szczytami. Gonie chłopaków, którzy już teraz za kolejna dolina ponad Sezee. Relax kreci się na Norma.
Doskakuje nad koniec masywu I teraz pasuje mi jakieś noszenie na przeskok. Kręcę się przy antenach na Sezee ale nic konkretnego nie dostaje. Nie opadam mocno ale I tez się nie wznoszę. W reszcie dostaje jakieś zerka I decyduje się na przeskok razem z tymi zerkami. Do chłopaków mam coraz bliżej. Widzę już jak rzeźbią wysokość ale I przez radio słychać, że to raczej twórczość w g... . Dolatuje do ich zbocza I próbuje coś znaleźć. Oni w tym czasie zepchnięci przez wiatr wiercą się głębiej nad zalesionym terenem. Dopisuje mi szczęście choć ma ono zapach gnojówki. Informuje chłopaków ze jest komin, ale ten zapach nie jest moja radosna twórczością. Widzę jak spragnieni cisną bele i dopadają ładnej 2+.Na windę załapujemy się z Grześkiem. Zbych widać zbiera resztki I za niedługi czas czochra uprzężą czubki drzew. Zgłasza lądowanie. Dokręcamy z Grześkiem ile się da ale Im wyżej tym komin bardziej postrzępiony. Coraz mniej noszenia a wiatr spycha nas na pobliski masyw za dolina. Gubimy nasza windę ale czepiamy się zbocza I trochę już na kontrolkach próbujemy dalszej trasy. Pod nami trasa szybkiego ruchu i linia wysokiego napięcia oraz ... Jak wspomniałem sady oliwkowe. Hmmm ... Coś trzeba znaleźć. Nic się takiego nie trafia. Same podpuchy I nic konkretnego. Siadamy na 30 km trasy nad morze :).
arek
Dodano:2009-03-14
Tomek loty już są, jakie są - zapomniałem loginu i dopiero na Lijaku mnie oświeciło.
grigorij
Dodano:2009-03-14
Miło rozpocząć kolejny dzień od przeczytania relacji i przeanalizowania tracków. P.S. Zbyszek dlaczego mając 1.400m n.p.m. nad Perazzete nie skierowałeś się na góry na wschodzie, do których było tylko 10km, a odbiłeś na południe? Powodzenia na Lijaku.
Tomek
Dodano:2009-03-13

12.03.2009

Zerknięcie za okno w nadziei na błękit nastraja pozytywnie. Niebo czyste, brak wiatru. znów mamy dzień do latania. W głowie kołacze się tylko myśl: oby nie był jak wczorajszy. Przyjdzie się niedługo dowiedzieć. Jak zwykle zbieramy się do auta. Za oknem krajobrazy, które widzimy już po raz kolejny, nieco zadumy bo czas leci a chciałby się więcej. Na startowisku jesteśmy niemal w tym samym czasie co Niemcy. Zaczynamy się rozkładać ze sprzętem. Trzeba czekać bo, bo warun z lekka jakby niemrawy, ale według prognoz ma być lepiej choć kierunek wiatru nie za bardzo nam odpowiada. Narazie jednak to co wieje, wieje w stok. Startuje szkółka i czyni zloty. Po czwartym kursancie jesteśmy już kompletnie oszpejeni i bacznie obserwujemy co na niebie. Startuję pierwszy. Mogłoby być lepiej, bo zaczynam topić. Uciekam na lewą stronę o tam jest w miarę pewnie. Kręci się koło mnie jeden z kursantów. Patrzę za siebie i szukam chłopaków ... nie ma ich. Patrzą co ze mną ... no ładnie przemyka mi przez głowę. Dokręcam o tej porze bardzo delikane noszenia. Już jestem ponad granią by przy powrocie stracić wszytko co zyskałem. Zaczyna się tzw. twórczość w g ... . Zauważam, zresztą chłopaki też, że na przedpolu kursanci zamarkowali komin. Bela do spodu i jazda w ich kierunku. Synia po kilku sekundach dowozi swojego pilota do windy. Jazda najpierw na 1+ później zmienia się na 3+ by czasem przerodzić się w huśtające 4+. Mało stabilne ten mój kominek ale wiedzie do nieba a ja tam właśnie zmierzam. Startuje Zbychu. Rzeźbi ostro jak ja wcześniej. Szuka i szuka i czasem znajduje, czasem traci. Po jakimś czasie dostaje bonus i kręci już foremne kółeczka do góry. Mnie już ręka boli od trzymania sterówki, zmieniam kierunek. Jestem już od dawna sam bo Niemcy boją się takich postrzępionych wind. A mnie ten ruch powietrza zabiera do sufitu, który dzisiaj sięga prawie do 2100 m. Co ciekawe to tutejsze lądowisko jest niewysoko ponad poziom morza więc widoki z tej wysokości są naprawdę piękne. Komin kieruje mnie nad Normę i tak trzymając jedną ręką sterówkę drugą robię zdjęcia. Dziwne ale nawet nie gubię mojej windy. Przeskakuję nad kamieniołom ale widzę, że dolina cała zacieniona. Próbuję zlokalizować Zbycha wywołując go przez radio. Coś skrzeczy piszczy ... ale nic więcej. To racjonalizatorskie unowocześnienia radia Zbycha nie pozwalają się skontaktować. Wracam, by po pewnym czasie usłyszeć Zbycha, że jest juz nad Sermonetą, a mieliśmy leciec razem. ... Cóż, wykręcę coś więcej i polecę za nim .. myślę sobie. Dolatuję do startowiska. Tam okazuje się że po Zbychu nikt już nie odstartował. Warunki sie zmieniają. Wieje już z północy i to mocno, czyli start z wiatrem niweczy plany chłopaków na startowisku. Mając wysokość kręcę się to w dół to w górę ale raczej w górę. Znów niemal podstawa. Lecę w prawo od startu. Wiatr spycha zbyt mocno w dolinę więc trudno będzie teraz wybrać sie na trasę. Wpada mi myśl by wrócić, wylądować na szczycie i przeczekać zły warun. Zbyszek na trasie zgłasza się trzeszczeniem raz za razem. I tak nie można go zrozumieć. Nadlatuję nad startowisko ale jest to bardziej balonowanie niż latanie. Wytracam wysokość, ale okazuje się że trudno stracić choćby metr. Wracam nad start a tam ... komin. Wpada mi do głowy by jednak na lądowisko ale przecież przy tym wietrze będę na dole na zawietrznej góry z której startujemy. Wybieram drugie lądowisko ale i tam tarmosi jak nieszęście. Góra, dół, skrzydło kołysze się jak wściekłe a schodzenie na uszach nie stabilizuje wręcz przeciwnie. Po 20 min. walki udaje mi się wylądować. Grzesiek wyjeżdża po mnie na lądowisko. W międzyczasie Zbych zgłasza lądowanie przez SMS podając koordynaty lądowania. Czeaknia jeszcze dłuższą chwiklę więc kombinujemy by zebrać go z trasy. Bierzemy namiary na chłopaków z Poznania, którzy zostają by obserwować warun.
Telefon w drodze powrotnej na Normę nęci nas by wrócić na startowisko. Tak też robimy ale na miejscu okazuje się że wiatr co prawda zmienił kierunek ale teraz wieje wzdłóż stoku. Startuje Grzesiek - klapa - wychodzi z niej bez problemu. Startuję ja - Klapa - wyłąpuję, kontruję a Synia nawet nie zmienia kierunku. Zbych startuje ale nie ma sensacji. Dobre te nasze skrzydełka. Jak się okazuje później na starcie chłopaki (nie tylko nasi) byli pewni, że sobie poradzimy (miłe :) ). Ja zbieram się na przedpole chłopaki (Grzesiek i Zbychu) zostają przy grzebiecie po prawej stronie. Wożą sie jeszcze jakiś czas przy Normie ale lądują bo warunki siadają.
Na podsumowanie ... Dziś było inaczej. Bardzo inaczej. Znów czegoś się nauczyliśmy. Ja przynajmniej tego by dobrze dobierać składniki do śniadania ;) ... i żeby zmienić baterie w GPS-ie kiedy są już stare.
Dziś też pada decyzja na temat powrotu. W piątek jeszcze latamy w Normie a wieczorem odwrót na Lijak. Tam odpowczynek, latanie a później powrót do domu.
arek


Dodano:2009-03-13

10.03.2009

Dzisiejszy dzień zapowiadał się naprawdę obiecująco. Poranne klimaty błękitnego nieba upstrzonego z lekka drobnymi pozostałościami rozpadającego się zachmurzenia po nocnych opadach napawało optymizmem. Chciałby się rzec: pogoda nas rozpieszcza. Pospieszne śniadanie, kawka i objuczeni szpejem pakujemy auto do drogi na starowisko. Meldujemy się pierwsi. Na poczatku nic ciekawego na niebie. Czysty błękit, który w oddali nad morzem majaczy dość ciekawą scenerią rozbudowanych cumulusów. Czekamy. Zjawia sie wierna szkołą niemiecka. Zbyszek nie wytrzymuje i zaczyna się szpeić. Mam wrażenie, że Norma już zaczyna go rozpoznawać jako indywiduum. Szpei się też szkołą niemiecka. Kursant-ochotnik już na starcie, ale przychodzi z nikąd niepokojący pierwszy podmuch termiki. Zadziwiająco silny. Co prawda wiatr nie z kierunku bo dziś jakby nieco z pólnocy, ale doświadczeni poprzednimi dniami lotnymi wierzymy, że zmieni się na lepsze. Niebo zasnuwa się bielą coraz mocniej. Niemiecki instruktor zbiera śmiałka ze startu. Zbych nadal czeka. Czekamy wszyscy. Niemcy rezygnują i schodzą ze startowiska. Startuje Zbychu ... oj ... oj ... aż strach pisać. Trzepie, młóci, ... cokolwiek to znaczy. Zbychowi udaje się wylądować. Dwóch pilotów niemieckich komentują całe widowisk ratowania się Zbycha od depatania drzewek. Jeden z nich widział Zbycha podczas lądowania w sadzie oliwkowym ... . Twierdzi, że on te drzewa to ma chyba we krwi :) . Grzesiek zbiera się z lądowiska i jedzie po Zbycha. Nikt narazie nie kwapi się do startu. Wszyscy czekają. Pojawiają się Polacy. Naprawdę symaptyczna ekipa. Rozmawiamy długo, głównie o - d... - niczym szczególnym. Po pewnym czasie pojawiają się Zbych z Grześkiem. Nie trzeba długo czekać, kiedy Zbychowi znów puszczają nerwy i ponownie uzbraja skrzydło do lotu. Nikt nie chce wierzyć ale on naprawdę próbuje startować. Porywy dochodzą wg. mnie do ok. 12 m/s. Owszem jest i słabo, i to właśnie wykorzystuje Zbychu. Sekunda i jest w powietrzu. OJ, OJ, OJ ..., napisze tylko tyle, że z wiaterm to ma chyba ze 100 km/h. Wszyscy na startowisku nie wierzą, że zrobił to na prawdę. Cała grupa niedowairków zbiera sie na krawędzi urwiska by obserwować zmagania Zbycha. Nasz dzielny pilot zawraca z trasy i na speedzie szuka lądowiska. Znajduje na szczęście po czym melduje lądowanie. Ufff - daje sie słyszeć na górze. Razem z Grześkiem podejmujemy decyzję o odwrocie. Składamy sprzęt i jedziemy po naszergo bohatera. Koledzy z Polski oferuja zrutę po 1 euro od osoby żeby tylko jeszcze raz zobaczyć to samo widowisko. Relax i Mariusz zostają obserwować warun. Relax twierdzi, że warunki siądą. ... Pojawiamy się ze Zbychem na górze. Obserwujemy co na niebie a tam ... cóż ... rozwiewaja się nasze plany na trójkaty. Niestety dziś nie polatamy. Ostry wiatr uniemożliwia starty. Ze startowiska schodzą ostatni śmiałkowie czy Ci którzy przy nadziei - bo przecież nadzieja umiera ostatnia. Nasze chłopaki też po pewnym czasie rezygnują.
Decydujemy się pojechać nad morze. Przecież być tutaj i nie zobaczyć Morza ¦ródziemnego to conajmnie niepoważne. Całą ekipą pokonujemy te 30 km dzielące nas od celu. Klimaty fantastyczne, ale ... na kajty i ich jest poprostu jak na sr.. - dużo ich jest poprostu. Mariusz ściąga ubranie i ładuje się w kipiele fal. Ja za nim. UUUUAAAAAAAA !!!! woda lodowata. Mariusz nie narzeka ale mi nie pomaga nawet pływanie terepie ciałem, ale co tam. Ważne, że zaślubiny dokonane :)
Po godzince wracamy do Sermonety. Nieco zmordowani, trochę pokonani przez pogodę, ale przy nadziei na jutro.
arek


Dodano:2009-03-12
Okazuje się, że Grzesiek też nie śpi. To światowy człowiek, a więc szukajcie traków na WXC, a nie na XCC.
Tomek
Dodano:2009-03-11
Przeglądając mapę na Google Earth wygląda na to, że przeskok na tą górkę 1.200m n.p.m., to był dość odważny. Podeszliście do niej już dość nisko (20m zapasu), a w okolicy las i niewiele miejsc do lądowania. Ale za to trafienie komina książkowe.
Tomek
Dodano:2009-03-11
co do trackow do zapomnielismy hasel na XCC, ale latamy, latamy. wgramy jak dojedziemy do domu.

10.03.2009

7.00 rano pobódka. Nawet nie trzeba nikogo motywować. Zapowiada się kolejny dzień latania. Zerknięcie za okno od razu rozpromienia twarz. Czyste niebo zdradza zbliżający się warun, który budzi się niemarawo oświetlając okoliczne zbocza. ¦niadanie i kawka dodaje wigoru i znów pojawiamy się na startowisku. Tym razem już nie jesteśmy pierwsi. Znów znajoma szkółka testuje warun. Narazie niemarawo a już niemal południe. Znów Zbyszek nie wytrzymuje, szpei się i zwołuje ludzi :). Za nim szpei sie Grzesiek i ja. Mariusz zaczyna coś grzebać przy sprzęcie. Relax statecznie kroczy po startowisku obserwując warun. Jak na rozkaz tuż po pierwszym rozpoznanym kominie startuje Zbychu za nim Grzesiek (standardowo) no i ja. dokręcamy się w redzeniu i chłopaki uderzają na trasę. Zostaję by dokręcic podstawę. Za chwilę startuje Mariusz i Relax. Dokręcamy noszenia a chłopaki już na przeskoku na pierwszej dolinie za Normą ... zaczynaja się problemy. Grzesiek łapie noszenie i wykreca się dalej. Zbyszek wraca znad Sermonety i szuka noszeń. Grzesiek po wykreceniu próbuje dalej. My cały czas zbieramy wysokość to tu to tam. Raz w górę raz w dół. Taka to już termika. Zbych się zbiera. Grzesiek po pewnym czasie dochodzi do drugiej doliny i wraca by wyladować na górze - ale nie tej - na Sermonecie.
Zbych łapie wysokość i wraca nad Normę. Mariusz jest już na pierwszej dolinie ale wraca z powodu utraty wysokości. Spotyka mnie na drodze. Wchodzi w duszenie i szuka wysokości. Dochodzi do urwiska i teraz razem już wracamy nad startowisko. Zbych razem z nami. Relax buja się nad startowiskiem. Wracamy razem. Dołącza do nas Zbychu. Kusi trasą po prawej ... na duże góry. Ta o której mysli ma wysokość ponad 1200 m. Hmmm ,jakoś dziwnie ale zawsze daję sie mu zwieść. Wykrecamy się nad startowiskiem i obieramy kierunek. Po drodze noszenie za darmola ale za chwilę czuć już znajome uczucie przeskoku więc nic innego jak bela do spodu i dalej w trasę. Dopadamy do naszego punktu zwrotnego. Ta góra jest naprawdę duża. Daje nam komin 5+. Zaczyna się winda, po której dostaje dobrą połówkę. Ale wyłapuje to co zostało i dalej dokręcam noszenie. Już podstawa. Zimno jak ... nieszczęście. Marzną ręce, i nie tylko. Teraz już czuć jak terepie ciałem. Terepie ale cóż, trzeba lecieć dalej. kolejna góra. Waltujemy nad następny szczyt. Nadal noszenia za darmola. Nie nosi ale tez nie daje opadać zbyt szybko. Bela i do przodu. Nagle okazuje się, że opadanie wzrasta. Jestesmy już dość daleko więc odwrót nie ma sensu. Nadlatujemy nad jedno z antycznych miasteczek osadzonych na górze. Jest pieknie, ale w tym przypadku nie chodzi o podziwanie widoków. Trzeba nam czegoś w góre. chocby 1+ by się przydało a tu cały czas 2-, 3- i tak coraz niżej. Odbijamy w prawow dolinę. SZansa byłby dla nas tylko mocny komin. Ale jego jak na lekarstwo. Lecimy doliną i planujemy się na oświetlony stok. Prawdopodobnie coś wygenaruje. Przypuszczenia się sprawdzają. Nad skałami nosi, jednak jak sie okazuje zbieramy już tylko resztki z ładnej 3+. Przed nami w dolinie linie wysokiego napięcia do przeskoku. Nie ma co mysleć o pierwonym planie przeskoczenia nad miasteczko Cori i powrót nad startowisko. Trzeba przewartościować oczekiwania. Cóż ... jakimś sposobem udaje się nam podkręcić jeszcze wysokości i linia wysokiego napięcia mija nam pod nogami na bezpiecznej wysokości. Powrót nad wzgórza nie ma już sensu ani szans bo wiatr dolinowy jest zbyt mocny. Schodzimy powoli w dół dokrecając jeszcze jedyneczki i małe zerka. Lądujemy za miateczkiem Arten. To jakieś 17 km w lini prostej od Normy. Przelot nieduży, ale bardzo owocny jeśli chodzi o przeżycia. Bezpieczne lądowanie kończy eksapadę. W Normie Relax i Mariusz lądują na górze (top landing) i zabieraja Grześka z trasy. Znów startują i korzystają z dobroci dzisiejszego dnia. Nosi wszędzie i miło szarpie skrzydełkami. Akwarium, że głowa boli.
Do nas po drodze jest ok. 1,5 godz. drogi, wieć decydujemy się, że poczekamy za Zbychem. Niech chłopaki wykorzystają warun do cna. Tak się dziej i dopiero po 3 godz. dociera po nas zwózka. Rozmowom i wymianom zdań nie ma końca. Każdy z dzisiejszego dnia wyniósł coś ciekawego. Ja osobiście wreszcie obudziłem się ze snu zimowego. Wreszcie poczułem to co zasnęło kiedyś gdy pikanie powodowało ze zmysłyodżywały i ciało podświadomie ragowało na skrzydło. Jestem bardzo zadowolony z dzisiejszego dnia. Chyba kazdy podziela moje zdanie.
arek


Dodano:2009-03-11
No chłopaki gratuluję udanego wyjazdu. Super relacje Arku przez chwilę czułem się jakbym był z wami. Nawet nie wiecie jak wam zazdroszczę
Paradziadek
Dodano:2009-03-10
Arek nie wrzuca tracków bo pewnie siedzi i relacje pisze :) Nie zapomnijcie o zdjęciach dla nas biednych misiów co muszą siedzieć na d.... . Uważajcie tam na siebie i powodzenia w przelotach!
Misiek W.
Dodano:2009-03-10
W klasie sport Zbyszek po wczorajszym przelocie już 3. Pracujcie jeszcze na klasyfikację klubową. Powodzenia i wspaniałych wrażeń.
Tomek
Dodano:2009-03-10
latać chłopy - latać!!! U nas syf totalny, w desperacji chyba wyciągnę dzisiaj skrzydło i pójdę na "oślą łączkę" poćwiczyć... A tak w ogóle to na Perfectfly Cup powinniście startować jako "weterani", bo ilu z pozostałych pilotów (mówię o takich jak ja), łyknie do tego czasu termiki??? Żal, że nie mogłem pojechać z Wami
blackjack
Dodano:2009-03-10
Zbyszek 10 w XCC w klasie sport - gratulacje !!! Od dziś mówię Ci pierwszy "dzień dobry" na górce Mistrzu :)
W@cek
Dodano:2009-03-10
Po raz pierwszy zazdroszczę komuś, że wylądował w sadzie oliwkowym, czy też krzaczorach. Powodzenia i wrzućcie tracki.
Tomek
Dodano:2009-03-10
Aha, gdzie reszta tracków? tylko Zbychu lata?
Piach
Dodano:2009-03-10
super relacja. Nie mogę się doczekać fotek. I jak tu usiedzieć w robocie. PS Relax pamiętaj o zaszczepce jakiegoś cytrusa dla mnie (na drogę owiń wilgotnym papierem i wrzuć ją w jakiś worek - dzięki :)
Piach
Dodano:2009-03-10

8.03.2009

Dzień zaczyna się leniwie ... pewnie po tej kawiarence, ... ale w sumie bezpiecznie, nikt nie narzeka na ból głowy. ¦niadanko powoli pozwala otworzyć oczy. Kawka też stawia na nogi. Te niemal 1700 km daje jednak znać o sobie. Kolor dzisiejszego nieba wróży latanie ... i to Tygrysy lubią najbardziej :). Tuż przy naszym samochodzie rosną mandarynki. Doceniamy na powrót jedzenie prosto z drzewa. TE mandarynki są nadwyraz soczyste i słodkie. Nawiasem mówiąc jest tu teraz czas na dojrzewania cytryn, mandarynek i pomarańczy. Są niemal na każdym drzewie i krzaku. Rosną też kaktusy oraz aloesy. Powszechne są także rozłożyste palmy. Wogóle świat tutaj jakby inny. Chciałoby się rzec inna rzeczywistość.
Na startowisko docieramy dość szybko. Dziś niedziela więc na polu widokowym (obok ruin - tam gdzie startowisko) mnóstwo widzów. Termika powoli zaczyna dawać o sobie pierwsze niemarawe znaki. Startuje szkoła Niemców. Dobrze że są, bo mamy znaczniki na niebie. Widać co się dzieje. Pierwszy lot zapoznawczy. Startujemy w kolejności jakby standardowej: Zbyszek - oczywiście pierwszy, Grzesiek za Zbyszkiem no i ja (Arek). Mariusz gotowi się do statru. Wiesiek trochę marudzi :) - czeka na warun.
Nadlatujemy nad Normę - widowisko przednie. Każdy z nas cmoka, malaska, poprostu bajka. Bujamy się to w tą to w ową stronę. Wracamy nad start by zaraz powrócić nad urwisko. Mówiąc krótko podziwiamy widoki. Nagle jakby warunki siadają. Ladujemy na górze - znaczy sie Top landing. Mi się udaje. Grzesiek w ślad za mną. Zbyszek ,.... przestrzela. Stary chłop a przestrzela. :)
Buja się jeszcze chwilę pod stokiem i zmierza nad lądowisko. Jakieś mniej pewnie niż 50 m nad lądowiskiem łapie komin i się wykręca. Skubaniec wykręca się do podstaw. Po czym nie patrzy na nas tylk wali na trasę. Wiesiek ze stoickim spokojem utwierdza nas w przekonaniu, że to nie czas na start i prawdziwy warun przyjdzie dopiero za chwilę. W tym czasie Zbyszek robi kolejny kilometr i przez radio zachwyca się urokami warunu - co ma teoretycznie przyjść za jakiś czas. W końcu zdenerwowany Grzesiek startuje. Goni Zbycha. W ślad za chłopakami startruję i ja. Startuje też Mariusz.
Zbyszek melduje koniec trasy ok. 25 km za Normą. Grzesiek goni Zbycha ja Grześka, Mariusz Buja się nad startowiskiem no i wreszcie Relax zaczyna przygodę nad Normą :). Jest super. Grzesiek dolatuje do Zbyszka i siada koło niego. Ja okrążam Sermonetę i nie łapiąc nic po drodze ląduję tuż u podnórza góry. Chłopaki nad Normą latają jeszcze.
Łapie autostop, ale niestety nie udaje mi się porozumieć. Pózniej okazuje się że kobiety chciały dobrze i wysadziły mnie na przystanku autobusowym. Brak włoskiego jest przykry bo zmusza mnie do pieszej wędrówki. Za jakiś czas udaj mie się złapac nastepnego stopa - też dziewczyny, które dowożą mnie na niemal samo startowisko. W tym czasie Grzesiek ze Zbyszkiem docierają do źródełka obok Sermonety. Tam tankujemy wode co rano - (...od dzisiaj :)).
W radiu Mariusz zgłasza lądowanie (to jednak dobry zwyczaj). Relax ląduje również. Też zgłasza lądowanie, ale mniej szczęśliwe. Ląduje w tarkach (w naszym zargonie). Po pewnym czasie okazuje się, że to nie takie tarki jakie się nam wydawłay. Odnalezienie go było już sukcesem. Relax jak się okazuje zlądował w gęstej roślinnoście iglastej, która jest tu dość powszechną a na domiar złego za ścianą wysokich na ok 4m bambusów. Cała akcja wyciągania Relaxa trwała chyba z 2 godz. Przy czym całą niemal robotę wykonał sam Relax wycieńczony do cna. Sam opis wychodzenia z tych szuwarów jest godny słuchania. nie omieszkajcie o to zapytać Relaxa :). Wietnam i Kambodża to przy tym pikuś - jak to skwitował Relax.
Wieczorem, dla poprawienia humoru znów zwiedzamy Sermonetę.

9.03.2009

Poranek nie nastraja pozytywnie. Całe niebo zakitowane bielą. Zresztą ... prognozy były własnie takie. Cóż przyjdzie się powłóczyć i poczekać na warun. ¦niadanie mija przy dyskusjach z o tym co działo się dnia poprzedniego. Za oknem przesuwają się kolejne chmury ale ... raz za razem widać przedzierzgujące się połacie błękitu. Najpierw małe okienka, później plamy zdają się powiększać. Nasz pokładowy optymista już planuje 100 km przeloty. Masakra z tym człowiekiem :)
Zbieramy się na startowisko. Jak się okazuje jesteśmy tam pierwsi. Rozkładamy się powoli szykując szpej. Dziś poniedziałek więc nie ma gapiów. Zaczynają się schodzić inni glajciarze. Jest też grupa z Polski z Poznania. Jak się później okazuje są też osoby z okolic Rzeszowa. Wszystkich ich pozdrawiamy w tym miejscu.
Podobnie jak wczoraj startuje kolejno szkołą niemiecka. Wszyscy bacznie patrzą co i jak. Po niebie przesuwają się kolejne chmury ale narazie przedpole nie generuje kominów. Zbyszek się denerwuje i startuje. Za nim Grzesiek, ja i Mariusz. Relax podziwia z góry miejsce wczorajszej traumy, która piętnem odciska sie w jego psychice. Start bezpieczny. Próbujemy wyłapać nawet najmniejsze noszenie, jednak po nierównej walce ze skapymio tej porze siłami natury uderzamy na lądowisko. Cóż ... zlot, ale też fajny. Relax przyjeżdża po nas na dół i z powrotem meldujemy się na startowisku.
Warun zaczyna się rozwijać. Czuć już pierwsze ssające kominy. Znów podrywamy się do lotu i jak się okazuje decyzja zdaje się być tą właściwą. Dość mocny komin wiedzie nas prawie do samej chmury. Zbyszek wlatuje w chmurę i ogłasza swój kierunek. Grzesiek usilnie stara się niwelowac noszenie klapami. Ja gubię noszenie jakieś 100 m pod Grześkiem i we trójkę uderzamy w kierunku Normy. Chmury ssają tak, że nie potrzeba krążyć. Po przeskoku nad kamieniołom zaczyna się rozpogadzać więc kończy sie nam winda za darmola. Zbyszek znów ładuje się w chmurę. Scenariusz się powtarza jednak nie do końca bo Grzesiek i ja nie zabieramy się jak Zbyszek i rzeźbimy w poszukiwaniu noszenia. Przelatujemy nad Sermonetą i teraz jesteśmy na zawietrznej jednej z gór. Nie znajdując ni kominka podejmujemy desperacką decyzję o powrocie. Zbyszek leci dalej. Nad Normą lata już także Mariusz i Relax. Obaj z Grześkiem szukamy już rozpaczliwie czegoś ... byle na plusie. Niestety nie udaje sie nam niczego złapać. Lądujemy u podnóża starego miasta Sermonety. Zanów zdążamy pod źródełko - na stopa. Nikt jednak nie chce siezatrzymać. W tym czasie Zbyszek zawraca ze sporym zapasem wysokości i melduje się nad Normą. W drodze spotyka Mariusza nad kamieniołomem. Zawraca w kierunku startowiska gdie kręci sie Relax. Zbyszek lata jeszcze chwilę po czym siada na górze (na nasze prośby błagalne) i przyjeżdża po nas pod źródełko. Relax wali na przelot pod Sermonetę. Wraca, ale siada przed lądowiskiem.
Wiatr się wzmaga. Mariusz też melduje ladowanie. Zabieramy Mariusza na górę i próbujemy jeszcze raz w powietrze. Startuje Zbyszek ale jak się okazuje jego glajt staje się boją i w zasadzie stoi w powietrzu. I to jest czas kiedy pilot marzy o tym żeby być już na ziemi. Zbyszek ląduje bezpiecznie w sadzie oliwkowym. My z Grześkiem przygotowani i oszejeni po tym co zobaczyliśmy rezygnujemy ze startu i zjeżdżamy po Zbycha na dół. Zbieramy się wszyscy i wracamy do Sermonety. I tak kończy się miły dzień co nie miał być warunem.
Arek


Dodano:2009-03-10
jest już pierwszy track Zbycha. Czekamy na więcej. Dajcie jakiś opis. U nas pogoda barowa i wszyscy czekają na informacje.
Piach
Dodano:2009-03-09
Droga z Lijaka w kierunku Normy troche się dłużyła. W koncu to ok. 700 km Na ostatnim odcinku jechaliśmy już tylko autostradą. Za Rzymem zjechalismy z autostrady i już tylko kierunek Norma. W miejcowości Cori (szokującą nas odmienną zabudową) pierwszy raz niemal otarlismy się autem o ściany budynków. Wjeżdżaliśmy w miejsca, w które jadąc rowerem trzeba dobrze koordynować ruchu żeby nie obić się o ściany. Zobaczylismy nową jakość jazdy samochodem w średniowiecznym miasteczku zaadoptowanym do aktuanych czasów. Auta, które jeżdża po uliczkach szerokości chodnika, mało tego ... parkują i wymijają się bez problemu ... SZOK. Zakrety trzeba tutaj brać czasem na kilka razy - prżód-tył. Zawrócenie z drogi graniczy z cudem.
Droga z Cori wiedzie już do Normy. Spinamy się coraz wyżej. Droga niby asfaltowa ale coraz węższa. Zakręty na serpentynach tylko coraz szersze. Później okazuje sie dlaczego szersze. Tutaj jeżdż również autobusy i większe samochody ciężarow. Im dalej jedziemy tym bardziej otwierają sie nam oczy. Już jest jak w bajce a jeszcze nie dotarliśmy do osławionej Normy. W końcu docieramy.
Zza ostatniego zakrętu wyłania się nam krajobraz z książek o rycerzach. Widać olbrzymie skaliste zbocze, na nim majestatycznie króluje kamienne miasto z misternie usadowionymi budynkami. Stłoczone obok siebie w niesamowity sposób tworząc aglomeracyjną bryłę jednocześnie emanują swoją oryginalnością i indywidualnością. Płaskie dachy pokryte czerwoną dachówką czapują każdy, choćby najmniejszy budyneczek. W oddali widać morze. ... krajobraz odbiera słowa. Tłumi je gdzieś głęboko i tylko niemy zzachwyt kalkuluje myśli.
.... eeechhhhhhh ...
Na zboczu, przy średniowiecznych ruinach naszą uwagę przykuwają kolorowe plamy glajtów. Docieramy na startowisko planujac choćby zlot, jednak na miejscu okazuje się, że warunki nei są optymistyczne. Pomimo ładnego słoneczka i cumulusów zapraszających w błękit wiatr wieje od zbocza co uniemożliwia start. Rozpoznanie startowiska trwa jeszcze chwilę. Pytamy się ludzi co i jak. Okazuje sie, że niedziela ma być całkiem fajnym dniem.
Zjeżdżamy w dół po serpentynie, podobnej do tej po której jechaliśmy do Normy. Zakwaterowani jesteśmy w Sermonecie. To również średniowieczne miasteczko nieopodal Normy. Zjeżdżając z góry widzimy je. Jest osadzone na górze, która odcięta jest od głownego masywu. Fortyfikacja na samym szczycie majestatycznie wznosi się nad pobliskimi zabudowaniami. Nie da się tego nie zauważyć. Zdążamydo St. Nicolć. Docieramy do Sermonety i znów trenujemy technikę przeciskania się naszym autem po wąskich uliczkach. Masakra :)
Wreszcie udaje się nam dotrzeć do miejsca przezanczenia. Tutaj okazuje się, że St.Nicola to hostel zaadoptowany ze średniowiecznego klasztoru. Niewielki budynek kryje w sobie wiele historii. Czekamy chwilę na naszą gospodynię, który okazuje się całkiem sympatyczna. Przyjmuje nas miło, oprowadza po hostelu. Mamy duży przestronny pokój - w zasadzie dwa - z łazienką i toaletą, nielimitowany dostęp do w pełni wyposażonej kuchni. Jest super. Rozpakowywanie zajmuje nam dość czasu.
Wieczorem wypad w miasto na rekonesans i tu ... znów szczęki opadają w obliczu średniowiecznych mrocznych ncnych klimatów Sermonety. Miasteczko to urolkiwe w dzień tak naprawdę okazuje swoej prawdziwe ... chyba njpiekniejsze oblicze dopiero w nocy. Jest PIęKNIE. Spacerując po wąskich uliczkach stłoczonych budynków ma się wrażenie, że czas się cofnął a półmrok gna wyobraźnię w bajkowy świat XIII wiecznej rzeczywistości. Sam spacer dostarcza wielu wspaniałych przeżyć. Wszystko co jest tu zbudowane leży na jakiejś pochyłości, Tu nie ma poziomych placów czy uliczek. Wszędzie gdzie człowiek się nie oglądnie widać schody prowadzace ... dokądś, w jakieś mroczne ale o dziwo nie ponure miejsce. Każda z uliczek ma swój klimat, swój wystrój. Wszechobecny kamień wypełnia wszystko. Brukowane dwukolorowe uliczki w jakiś sposób ocieplają całe otoczenie. Oświetlone miasteczko żyje i to mimo tego, że nie widac wielu ludzie. Zresztą samo spotknie z kimś, któ nagle wyłania się z innej uliczki jest czymś miły i ciekawym na swój sposób.
Dzień kończymy w małej kawiarence przy piwku.
Arkadiusz
Dodano:2009-03-09
"Szczególnie spodobał jej się Zbyszek ;" Może zauważyła że ma różowe gatki - gdzieś słyszałem, ze je (te dziwki w kocu) to może rajcować :) ps. Fajnie ze już dojechaliście i macie dostęp do neta. Piszcie co słychać bo u nas syf totalny i tak ma być do końca tygodnia. ps2. Po poscie Zbyszka na grupie o ubezpieczeniach w PSP sie ruszyło i już wieczorem dali jakieś propozycje. Ale jak macie neta to pewnie też czytacie - pozdrówko
W@cek
Dodano:2009-03-07
Wszelkie prawa zastrzeone. Materiay prezentowane w serwisie s wasnoci Teamu "Born to Fly".
Kopiowanie materiaw bez zezwolenia zabronione.
statystyka