Logowanie   ?> /td>
Rzeszowski Team Paralotniowy 

Zapytasz zapewne czemu "Born to Fly" ?
Nie ma prostej odpowiedzi na to pytanie. Każdy z nas zapytany o to samo odpowie Ci co innego ...
ale na pewno zrozumiesz jedno, ... że nie umiemy już inaczej. Nie umiemy NIE LATAĆ

W serwisie
HOME
Team i okolice
Piloci i Sympatycy
Galeria
Opisy wyjazdów i imprez
Miejsca do latania
Plikownia
Kontakt
Nasz dorobek
Nasz dorobek w OLC w 2008
Nasz dorobek w OLC w 2009
Nasz dorobek w OLC w 2010
Nasz dorobek w OLC w 2011
LiveTracks

Borny !



OpenFly

Karpaty


Forum PG
Planowanie wyjazdów
Gdzie latać ?
Let's talk about ...
On-line Czat BTF ...
Żony i kochanki :)
Giełda sprzętu
... know how
... co nieco o sprzęcie
Forum PPG
Planowanie latania PPG
Let's talk about ...PPG
Godne polecenia
Znajomi w Sieci
Filmy
Szkoły paralotniowe
Serwisy pogodowe
...inne linki
xcc.paragliging.pl
XContest - punktacja dzienna

KSIĘGA GO¦CI
Polecane
Niviuk
Advance
SOL Paragliders
Ozone
UP

 Lista sprawozdań z wyjazdów TEAMowych:
Rozwinięcie wątku:
Donovaly - Tatry 26/27 IX 2009

Ponieważ Prezes nie kwapi się do zrobienia opisu więc zacznę ja. Po perturbacjach z wyjazdem na Słowenię zdecydowaliśmy się na wyjazd na Słowację zgodnie z opinią Stefana przekazaną przez Kubę - Donovaly w Sobotę i Tatry w Niedzielę. Ruszamy w składzie: Witek L, Grigorij, Tołdi, Wacek + Andrzej, Rysiek i Stan drugim autem. Po przybyciu na szczyt Novej Holi w Donovalach miny mieliśmy nietęgie - wiatr w plecy nie wróżył nic dobrego. Długie oczekiwanie spędziliśmy na pożytecznych rozmowach ze Stefanem na temat sprzętu oraz moralności Grzegorza O. aż w końcu podmuchy termiczne zmieniły kierunek wiatru tak że można już było startować. Pierwsze starty kursantów wskazywały że termika już pracuje, jednakże po starcie Stefana Roba i Adama okazało się że nie jest dobrze i musieli oni z siebie dać wszystko żeby utrzymać się w powietrzu. Na startowisku przechodzą co chwila słabe dustdeville a my wyczekujemy na mocniejszą termę. W końcu startuje kilka glajtów i zaczyna kręcić komin. To był najwyższy czas na start, po kolei odpalili uczestnicy wyprawy, okazało się że jest bardzo fajnie sporo kominków i to bardzo mocnych (ponad 4m/s)jednakże podstawy na 2000 oraz brak chmur nie pozwoliły na dłuższe przeloty. Niemniej samo obcowanie z tak mocną termiką o tej porze roku dało nam dużo satysfakcji - w końcu to miała być tylko rozgrzewka przed niedzielnym lataniem w Tatrach. Wieczorkiem piwko, pizza dużo śmiechu i jak zwykle wyborne nastroje.
W Niedzielę wstajemy wcześnie tak by dotrzeć w Tatry jak najwcześniej. W Tatrzańskiej Łomnicy spotykamy resztę Teamu - Prezesa, Piacha, Tomka oraz Harcerza po czym razem udajemy się w kierunku Lomnickiego Sedla. Na startowisko docieramy jako pierwsi, potęga gór oraz widoki robią na nas wszystkich potężne wrażenie w końcu nikt z nas nie latał w Tak wysokich górach a przynajmniej nie startował w wysokości prawie 2200 npm. Długie oczekiwanie urozmaicały nam powitania z innymi pilotami zarówno z Polski jak i również ze Słowacji (dokładnie nie liczyliśmy ale oceniam że mogło być ich ok 50). Jako pierwszy startuje Stefan oraz Robo i niestety podobnie jak i poprzedniego dnia okazuje się że termika jeszcze nie pracuje jak należy. W związku z powyższym decydujemy się na dalsze oczekiwanie. W końcu przychodzi chwila w której zauważamy że piloci którzy wystartowali załapali się na jakieś noszenie i całkiem nieźle sobie radzą. W ekspresowym tempie wpinamy się w uprzednio przygotowany sprzęt i odpalamy tak szybko jak to możliwe. Startuję jako pierwszy, podkręcam ile mogę i śmigam na grań Sławkowskiego, tam rzeźbię bardzo długo raz tracąc raz odzyskując wysokość aż w końcu łapię noszenie i wygrzebuję się prawie na wysokość szczytu po czym odpalam na zachód. W międzyczasie dołącza do mnie Prezes i razem śmigamy ramię w ramię aż do Krywania. Tam z uwagi na późną porę decydujemy się na odwrót. Prezes leci pierwszy i po zrównaniu się ze Skalnym Plesem decyduje się na lądowanie w Tatrzańskiej Łomnicy. Ja staram się podkręcać ile można jednakże dolatując do Skalnego Plesa jestem praktycznie na jego wysokości i zastanawiam się co robić dalej bo noszeń już praktycznie nie ma. W tym momencie z pomocą przychodzi mi Łukasz który rzeźbi nad wypierdkiem na wschód od Łomnicy i zapewniaj mnie że zalesione górki na trasie do Lendaka ładnie noszą. Decyduję się na lot do Lendaka a Piachu przyłącza się do mnie. Okazuje się że lecąc prawie 10 km straciłem zaledwie 200 m. Dolatujemy do Lendaka i łapiemy się na resztki popołudniowego żagla a ponieważ jeszcze na tej górce nie lataliśmy postanowiliśmy na zakończenie tak udanego dnia jeszcze chwilę pośmigać na żaglu w oczekiwaniu na resztę ekipy która podążała w naszym kierunku 2-ma autami.
Podsumowując: Ten jeden dzień latania w Tatrach wart był wielu lat poświęconych na naukę i zdobywanie doświadczenia - tego się nie da opisać, to trzeba przeżyć samemu.
wujek


Dodano: 2009-09-29

Brawo Prezes!! Kurna jak tak czytam to znów cały chodzę. Kiedy następne latanie??
Piach
Dodano:2009-10-01
No to teraz wiecie dlaczego Prezes to Prezes :) Super!!!!!!!!
W@cek
Dodano:2009-10-01
Arek - z samych tantiemów mógłbyś kilka razy w roku zmieniać sprzęt.

I jak tu się porwać na kolejny opis wyjazdu przy tak wysoko podniesionej poprzeczce.
Tomek


Dodano:2009-10-01
W zasadzie skoro Wujek w swoim opisie zawarł sedno niedzielnego latania, nie pozostaje mi nic innego jak skupić się na subiektywnej ocenie dnia. Jemu wszak przynależy się pierwszeństwo w sporządzeniu sprawozdania jako temu co najpełniej wykorzystuje naturę w pełnym tego słowa znaczeniu i z wszystkimi jej przynależnościami. Zatem do pióra.
Niedziela leniwie rozpoczęła się o godzinie czwartej minut dwie, kiedy to ledwo żyw zwlokłem się z łóżka jak każdy chyba z naszej czwórki. Krótkie słowa, nie nadające się specjalnie do publicznej wiadomości określiły mój jakże bezpośredni stosunek do pory dnia, która ciemnością władała jeszcze na dobre okolicą. Szybkie śniadanko, pospieszne załatwienie checklisty i w drogę.
Pod blokiem Tomek oczekujący na mnie, pośpieszne pakowanie i pierwszy przystanek – Trzciana – gdzie zabieramy Harcerza. W Dębicy dopakowuje się do nas Piach i teraz już w komplecie tniemy mrok i poranne mgły, by w końcu dotrzeć do celu naszej podróży – Tatrzańskiej Łomnicy. Nie wiedzieć czemu zawsze wydawało mi się, że to po polskiej stronie … ale teraz dopiero przekonuję się, że byłem w błędzie.
Łomnica powoli rusza ze snu. Wyciąg już chodzi pełną parą. Ludzie zaczynają się kręcić przy kasach a my powoli rozpoznajemy teren. Wszak nasz to pierwszy raz. Nie ma powodów do pośpiechu. Chłopaki z Donovalów pojawiają się na parkingu po czasie, który upływa nam na śniadaniu, polaków rozmowy o lataniu i zwyczajowym temacie d… Maryni.
Pierwszy szok przeżywamy przy kasie. Wyjazd na Skalne Pleso kosztuje 8 EURO. To dopiero połowa drogi. Dowiadujemy się jednocześnie, że zniżek dla paralotniarzy nie ma a i tak mamy szczęście bo jedziemy w jedną stronę i nikt nie kasuje nas za plecaki. Dzielimy się w pary i po chwili oczekiwania ładujemy się do gondolek. Przeszklony środek transportu zabiera nas w pierwszy etap naszej podróży. Tutaj powoli tatrzańska okolica odsłania swoje niemal pierwotne piękno. Z minuty na minutę wzrasta wysokość a jednocześnie przysłowiowo opada nam kopara. Okolicą jakiś czas temu przeszła nawałnica powalając wielkie połacie lasu. Natura bywa nieubłagana i okrutna, ale taka widać kolej rzeczy. Podnóże Tatr zdaje się kłaniać surowej i jakże wyniosłej scenerii bezwzględnych ostrych wyłomów skalnych i Tatrzańskiej Łomnicy – która niedostępnie wynosi się ponad najwyższe okoliczne szczyty. W dolinie mgła zasłania jeszcze fragmenty dolin, niemrawo budzących się do życia. Scenariusz jaki rozgrywa się przed naszymi oczyma jest pewnie stałym elementem tego miejsca jednak w moich oczach jest niepowtarzalnym przecudnym spektaklem natury. Taras stacji kolejkowej Skalnego Plesa pozwala na chwilę zachwytu miejsca w pełnej jego krasie. Okoliczne mgły zstępując odsłaniają coraz to nowe fragmenty dolin. Teraz okolica wygląda jak miasto unoszące się w chmurach. Kolejny etap naszej podróży na miejsce przeznaczenia odbywamy kolejką krzesełkową tym razem pojedynczo. Teraz już czuć rzeźkie powietrze budzące ostatnie zaspane części ciała. Po prawej w oddali widać czerwoną gondolkę, jedyny środek transportu kursujący na Łomnicki szczyt. Góry coraz okazalej prezentują swoją surowość. Teraz dociera do mnie że to nie będzie latanie do jakiego przywykłem. Wiem dobrze, że przygoda, która czeka nas będzie jednym z najbardziej spektakularnych zdarzeń jakiego będę świadkiem. Nawet gdyby okazała się jedynie epizodycznym zlotem.
Łomnickie Sedlo to miejsce startu. Jest to ostanie miejsce gdzie teren od czasu do czasu łapie poziom. Turyści kręcą się tu już od jakiegoś czasu. Jest dość gwarno. Oczywiście robimy okazyjne fotki z tubylcem – małym kotkiem niezwykle przyjaźnie nastawionym do przybyszów.
Zdążamy na startowisko wykonując klasyczny rekonesans po okolicy. Zjawiają się inni piloci. Jest ich coraz więcej i więcej. Warun jakby niemrawy jak na taką okolicę i nasłonecznienie. Z niedowierzaniem wodzimy wzrokiem po terenie szukając oznak termiki a jej jakby na lekarstwo. Nawet Profesorowie jakoś nie aktywni. Na startowisku tymczasem już tłoczno. Pojawiają się kolejne VIPy naszego małego światka. Wreszcie jakby na deser zjawia się Stefan. Nie czekając specjalnie na innych wita się z ludźmi, szpei się i startuje. W ślad za nim jakby tylko na to czekała, startuje śmietanka Słowackiego paraglidingu.
Stefek dosiada teraz UP Edge’a. Mimo, że jego glajt lata jak szybowiec widać ewidentnie, że topi z każdą sekundą. Po pewnym czasie jego sylwetka majaczy już tylko na tle gór by po chwili zniknąć w dolinie drogi na Lendak. Podobnie jest z Robem i Adamem. Startują kolejni piloci. Warun nie rozpieszcza. Zlot za zlotem przygnębia z kolejną minutą coraz bardziej. Jest już 13ta a terma jakby się zacięła. Wujek rzuca propozycję: do 14 tej czekamy a potem co będzie to będzie. Jednak dziesięć minut później rzut oka prawą stronę uświadamia nam, że kilku ukrytych pilotów kręci się rzeźbiąc w g…. nie jak to się potocznie mówi. Nie zyskują ale i nie tracą. Następują kolejne starty – tym razem my. Napięcie na startowisku wzrasta. Startuje Kuba. Chwila grozy. Dostaje połówkę zaraz po starcie. Jego IcePeak automatycznie zakręca. Ten kontruje i wyprowadza siebie z opresji tłumiąc głosy w naszych gardłach. Uff … po wszystkim . Leci. Nerwowo, oj nerwowo. Startuje Wacek, podrywa skrzydło, zahacza o liczne kamienie na startowisku. Nawet nie słychać kiedy tkanina pęka na szwie. Wacek leci, choć widać, że jego szmatka ucierpiała z lekka. Pojawiają się muły blokujące miejsce startu. Nieoszpejeni denerwują opieszałością wpychając się na siłę w kolejkę. Deneruję się i zmieniam miejsce startu. Rozkładam uważnie skrzydło by jak Wacek nie uszkodzić go przy starcie. Szum skrzydła w ciszy i …. lecę do tyłu. Zabrakło startowiska na rozbieg. Nie zdążyłem się obrócić przy starcie. Brakło miejsca i nagle odwracam się. Rzut oka w górę, jest dobrze. Uff …. Kierunek Sławkowski. Tam kręcą już inni. Jak zgrany zespół BTF ładuje się w powietrze raz za razem rozcinając cisze szumem skrzydeł podrywanych do lotu.
Wpadamy jeden po drugim w komin i wybieramy wysokość. Nie jest łatwo bo terma bardzo wredna. Raz w górę, raz w dół. Jakby sama nie wiedziała czy zabrać nas w górę czy zdusić. Dręczy, eliminując niecierpliwych. W głowie tylko jedno … aby się utrzymać, w oddali majaczy następny szczyt a komin coraz bardziej spycha w kierunku ostrych grani pełnych kamieni. Strach się bać, ale jeśli nie wykorzystam tego co mi oferuje natura podzielę los tych co przede mną a już na lądowisku. Ręka sama dociska ciasno starówkę, Omega kładzie się na stabil posłusznie i kolejny obrót mam za sobą. Kolejny i kolejny. Kątem oka widzę Witka pode mną jak podobnie walczy zbierając każdy metr za metrem. Jest tam też Tomek. W oddali po przeskoku widzę Wujka, który rzeźbi szukając wysokości. Z nim także jest Tołdi. Razem kombinują przy grani. Od czasu do czasu w radiu odzywa się głos któregoś z chłopaków, ale ani teraz myśleć o odpowiadaniu. Wreszcie zyskuję nieco z wysokości i decyduję się na przeskok. Korzystam z komina, który doprowadza mnie bez straty na ok. 1/3 doliny . Stamtąd już tylko speed i 4,5 w dół. W radiu Piach informuje o problemach ze startem. Jakiś uraz … ale do końca nie wiem co … wszystko przez to skupienie. Teraz wszystko się liczy, każdy metr, każde buczenie waria informujące że w dół i każde piknięcie że jednak lekko w górę. Sięgam wreszcie grani. Dopadam … jest. Tam miłe zaskoczenie coś jednak trzyma. Mało już wysokości potrzebuję podtrzymania. Wario z lekka pika by za chwilę pokazać czasem i 2+. Zaczynam kręcić, ale cóż to … to jednak skały oddają. Komin - nie komin. Coś nieregularnego. Po prostu trzeba przelecieć zyskując co się da. Widzę już Wujka. Przelatuję nad zboczem zyskując co nieco i nad krawędzią jak z książki wita mnie regularny komin. Ten daje mi wysokości. Za chwilę witamy się z Wujkiem. Jesteśmy na podobnym pułapie. W radiu chłopaki informują kolejno o odejściu na przedpole. Mało tu miejsca do lądowania, za to mnóstwo trudnych decyzji … Albo ryzykujesz i trzymasz się grani blisko, że czasem widzisz kamienie na szlaku albo odchodzisz by w miarę spokojnie szukać przestrzeni wolnej od wyłamanych drzew i pniaków gdzie lądowanie nie oznacza pewnej kontuzji.
Z Wujkiem decydujemy się na trasę. Przeskakując kolejno granie i szczyty łapiemy co popadnie byle do góry. Skupienie sięga zenitu a mimo to tutejsza terma potrafi nas zaskoczyć. Niby to lekko a za chwilę szpila do góry niemal krzyżem stawia glajta na niebie. Czasami jest ostro. Chwila grozy nad kolejną granią. Dociągamy kominy kładąc skrzydła na kątach o których się nam nawet nie śniło. Pikanie niejednostajne, pourywane …. Nagle sterówki naprężają się i miękną. O ku….. Rzut oka na skrzydło … Krawędź natarcia książkowo załamuje się i wali prosto w dół. Omega wyrywa się z rąk. To sekunda ale jakby trwała wiecznie. Przyhamowuję, …ale w tym samym momencie skrzydło strzela z hukiem z powrotem naprężając się do granic możliwości. Wypadam z komina. .. W głowie .. chłopie po co ci to ? daj sobie spokój … a jednak nie … lewa ostro w dół, prawa trzyma stabil i ostro ciałem po Wujowemu do lewa … jeszcze go złapię …nie odszedł tak daleko … Nagle znów strzał, ale tym razem trzymam za mordę Skrzydło się wyrywa jak mustang. Komin targa i rzuca na wszystkie strony. Nie dam się mu teraz, … masz mnie zawieźć ponad grań …. i ostro jazda na 4+ czasem i 6. Nie ma czasu na widoki. Wujek też melduje przez radio pełne załamanie skrzydła .Ojjj… Tatry to jednak co innego niż to co już znamy. Ale to jest chyba takie latanie, które zapamiętuje się na długo. Dokręcamy niemal sufit choć jeszcze nie widać cumulusów. Na ok. 2550 decydujemy się na skok. Speed do spodu i … chwila wytchnienia. Wario czasem buczy, czasem nie … ale widoki jakie przed nami zapierają dech w piersiach … Chyba jednak za to lubię latanie. Tak wiele jest dane tak nielicznym. Tutaj dopiero odkrywa się Zamysł, który dał początek wszystkiemu. Człowiek tego nie ogarnie. Te jeziora na skalnych pólkach zwierciadłem tafli odbijające kształty nieba. Ostre jak brzytwa skały emanujące swoją surowością sprawiają, że człowiek zastyga w bezruchu oniemiały. Wreszcie udaje mi się ubrać rękawiczki … choć w ferworze walki nie zdążyłem myśleć o zimnie dobrze mieć coś ciepłego na rękach.
Kolejne przeskoki, kolejne burzliwe kominy, a w oddali Krywań. Wielka wysoka skała kończąca pasmo. Na szlaku turyści pozdrawiają machając rękami. Zatrzymują się na chwilę zaciekawieni przesuwającym się dość szybko cieniem paralotni. Znów żebranina o wysokość. Teraz już ciężko. Widzę Stefka, który wraca zza doliny. Też mnie widzi. Nie ma czasu na pozdrowienia znów trzeba szukać czegoś w górę. Scenariusz dzisiejszego dnia zakłada zimną krew bez której zbieranie wysokości nie ma sensu. Znów skały, blisko coraz bliżej, znów metr za metrem powoli. Czas biegnie nieubłaganie. Wraz z wysokością rosną nadzieję na powrót. Decydujemy się z Wujkiem na zamknięcie przelotu. Dopadamy do Krywania. Przelot nad szlakiem i ostatnie zwitki przed przeskokiem. Bela do spodu i w trasę. Cień dolin niemiłosiernie ściąga wysokość. Dopadamy do grani na kontrolkach. Chłopaki meldują lądowania. Znów resztkami wysokości przy skałach kombinujemy cokolwiek w górę. Nasze latanie przypomina jazdę samochodem na rezerwie w baku od stacji do stacji. Pełna koncentracja na tym czy wystarczy wahy… bo musi wystarczyć … innej opcji nie ma tak jak nie ma miejsca na bezpieczne lądowanie. Znów metr za metrem i znów przeskok. Teraz już nie czekam na Wujka. Gonie Stefka, który na swoim glajcie majaczy już w oddali. Trochę zwitek w nibykominie i znów bela i powtórka scenariusza … Odległość od startu zmniejsza się. Może dolecę. Na 5km już niemal jestem pewny że się uda. Znów blisko skał bo dziś tak trzeba, bo tak się tu lata. Nagrzane skały oddają swoje ciepło i każdy metr trasy pokonuję trzymając się jednej wysokości. Jestem już zmęczony. Rzut oka na GPS, to już ponad 2.5 godziny .. a czuję jakby to było dwa razy dłużej. W radiu głos Piacha, który uspokaja chłopaków by nie gadali bo nie słychać waria  . Jest nieźle, już jestem nad wyciągiem. Plan na dzisiaj wykonany. Tam i z powrotem. Wujek też za chwilę doskakuje do Łomnicy. Cieszymy się jak dzieci. Ja odpadam na przedpole. Na dzisiaj mi wystarczy. Szukam aparatu, kilka zdjęć na pamiątkę i lądowanie. Spokojnie, bezpiecznie … takie miłe zakończenie niesamowitej tatrzańskiej przygody. Wujek z Piachem decydują się jeszcze na skok na Lendak. Udaje się im.
Cóż powiedzieć na podsumowanie ? Pewnie tylko tyle że dzień ten zapamiętam na długo z wielu względów. Najbardziej chyba dlatego, że po raz pierwszy latałem w Tatrach, po raz pierwszy widziałem je z tej perspektywy a sposób w jakie mnie zauroczyły nie pozwoli mi teraz długo spać spokojnie. Na pewno tu wrócę. Chyba każdy z nas to zrobi.

Dużo wyszło tego pisania ale i dużo w głowie jeszcze :)... Dziękuję Chłopaki … to był naprawdę udany dzień.
Prezes


Dodano:2009-09-30
odnalazłem zdjęcia okolic Łomnicy z zimy ( nie z latania ) dla porównania http://picasaweb.google.pl/poburka1/Tatarka20098Rocznik# pozdrawiam
Kuba Poburka
Dodano:2009-09-30
witajcie wszyscy fajne były te dwa dni, miło było się z Wami spotkać i fajnie polatać! mam kilka fotek na http://picasaweb.google.pl/poburka1 zapraszam do obejżenia pozdrawiam i oby więcej takich wypadów
Kuba Poburka
Dodano:2009-09-30
Tatry piękne - na pewno tam wrócę, termika mogłaby pracować lepiej - zabrakło mi cierpliwości, dyskomfort odległych łąk do lądowania przysparzał o lekką dilerkę, w zasadzie nie potrzebną ponieważ przedpole trzymało dość mocno. Gratulacje dla chłopaków taki przelot po Tatrach to moje marzenie - może następnym razem.
grigorij
Dodano:2009-09-30
http://picasaweb.google.com/domandrzej/DonowalySOwacja2627Wrzesnia2009#
Andrzej
Dodano:2009-09-30
Super latanko. widoki niesamowite, ale poczekajcie aż pojedziemy do Fiescha ;). Gratulacje dla Prezesa i Wujka. Piękne przelociki. Ja niestety po spalonym starcie (szczęście że mam gruby protektor) straciłem dużo czasu i już was nie dogoniłem. Ale w końcu polatałem :). Dolot do Lendaka na rzęsach, niezła jazda, a potem jeszcze fajny żagielek. Mam tylko prośbę do kolegów używających radia. Nie gadajcie jak baby na jarmarku. Rozmowy powinny być krótkie i zwięzłe, pieprzycie bez sensu i gadacie to samo po kilka razy. Odzywki typu "zmień se częstotliwość" są nie na miejscu. A wracając do latania, to mam nadzieję, że wkrótce tam wrócimy. Dzięki chłopaki za super towarzystwo. Acha i pamiętajcie, latając na Słowacji dobrze jest mieć przy sobie łyżeczkę :D
piach
Dodano:2009-09-30
Niezapomniana niedziela. W doborowym towarzystwie, w niesamowitej scenerii, w fajnych warunkach przelotowych. Szkoda tylko, że zabrakło mi cierpliwości i nie przeczekałem przy Sławkowskim Szczycie "przerwy" w dostawie noszeń. Po niespełna godzinnym locie z lądowiska u podnóża Gerlachu obserwowałem z zazdrością już tylko jak Wujek z Arkiem krążą przy szczytach kolejnych gór (gratulacje). A mnie tam nie było ... c.d.n. już niebawem.
Tomek
Dodano:2009-09-30
Wszelkie prawa zastrzeone. Materiay prezentowane w serwisie s wasnoci Teamu "Born to Fly".
Kopiowanie materiaw bez zezwolenia zabronione.
statystyka