Logowanie   ?> /td>
Rzeszowski Team Paralotniowy 

Zapytasz zapewne czemu "Born to Fly" ?
Nie ma prostej odpowiedzi na to pytanie. Każdy z nas zapytany o to samo odpowie Ci co innego ...
ale na pewno zrozumiesz jedno, ... że nie umiemy już inaczej. Nie umiemy NIE LATAĆ

W serwisie
HOME
Team i okolice
Piloci i Sympatycy
Galeria
Opisy wyjazdów i imprez
Miejsca do latania
Plikownia
Kontakt
Nasz dorobek
Nasz dorobek w OLC w 2008
Nasz dorobek w OLC w 2009
Nasz dorobek w OLC w 2010
Nasz dorobek w OLC w 2011
LiveTracks

Borny !



OpenFly

Karpaty


Forum PG
Planowanie wyjazdów
Gdzie latać ?
Let's talk about ...
On-line Czat BTF ...
Żony i kochanki :)
Giełda sprzętu
... know how
... co nieco o sprzęcie
Forum PPG
Planowanie latania PPG
Let's talk about ...PPG
Godne polecenia
Znajomi w Sieci
Filmy
Szkoły paralotniowe
Serwisy pogodowe
...inne linki
xcc.paragliging.pl
XContest - punktacja dzienna

KSIĘGA GO¦CI
Polecane
Niviuk
Advance
SOL Paragliders
Ozone
UP

 Lista sprawozdań z wyjazdów TEAMowych:
Rozwinięcie wątku:
6 VI 2010r. Lijak - Uśpiona czujność

Jako, że w poniedziałek rano trzeba było stawic się w pracy zdecydowaliśmy się na latanie na górce położonej najbliżej domu, co w tym przypadku oznaczało Lijak. Już o 10.00 byliśmy na startowisku, a dzięki uprzejmości Piotra samochód odstawiliśmy na camping. Powolne przygotowania, obserwacja warunków i około południa start.

 

W powietrzu czuc było, że to jeszcze nie to, ale delikatne noszenia i pojawiające się tu i ówdzie mocniejsze, ale też dośc turbulentne kominy, pozwalały spokojnie poruszac się po okolicy.

 

Na Lijaku byłem po raz pierwszy, co spowodowało że przyjąłem koncepcję poznawania terenu. Wypuściłem się na zachód, skąd po kilku km wróciłem nad start, aby znów udac się w kierunku Ajdvościny. Nieustanne wręcz noszenia uśpiły moją czujnośc i kiedy na pierwszym przeskoku zorientowałem się, że mam za małą wysokośc musiałem zawrócic. Utrata 200m i wejście nad skalisty, dośc turbulentny teren spowodowały, że uznałem, iż dla własnego bezpieczeństwa nie ma co ryzykowac. Zlatuję do przygodnie wybranego lądowiska, pakuję się i podziwiam Wacka kręcącego się 1.000m nade mną, który po raz kolejny w czasie tego wyjazdu pokazuje jak się lata.

  


Tomek
Dodano: 2010-06-10

My natomiast-jako drugi skład nastawililiśmy się na bicie rekordów przez naszego Asa Przestworzy Wacka W, który to po krótkiej odprawie wczesnie rano wykonał kilkaset pompek, poczym po krótkiej a co za tym idzie zdecydowanej reprymendzie przygotował się psychicznie do panujących warunków na stoku.Kilka uzupełniających dyrektyw ze strony personelu naziemnego i poszedł w dal około godziny 12-tej.Oczywiście po przeleceniu kilkudzisięciu kilometrów chciał lądować z powodów czysto fizycznych, ale po kilku minutach jego zamiary zostały uchwycone poprzez umieszczone wszędzie mierniki niechęci do latania i wówczas nasz As zmienił dyrektywy lotu i odbił ponownie w przestrzeń.Wyniki-czytajcie!!!

Zespół kierujący lotem.


Relax
Dodano:2010-06-13
Bardzo podoba mi się tytuł  Tomka, który  dobrze oddaje to co się w tym dniu działo, choć z mojego punktu widzenia równie dobrze można by go było nazwać  np. „Memoriał strusia Pędziwiatra”. Dlaczego?  No to  po kolei.
Startowisko na Lijaku  przywitało nas wiszącym rękawem,  i dopiero po jakim czasie przechodzące kominy zaczynają go powoli prostować. Zaczyna się zwyczajowa „napinka” i podchody w szukaniu zająca. Nic to jednak nie daje – nie ma szkółek, nie ma wujka Kawy więc nie bardzo jest komu startować. W końcu, ponieważ zaczynam już płynąć (bo trochę ciepło jest) postanawiam startować. Wspiera mnie Piachu który twierdzi, że zrobi to samo (heheh myślałem ze to zwyczajowa podpucha ale faktycznie wystartował nie czekając co ze mną będzie). Po starcie zaczynam żałować,  że nie poczekałem.  Jest słabo, nawet bardzo i według mnie każda próba odejścia od skałek może się zakończyć odwiedzinami u Aleksandra. ( w związku z ożenkiem Aleksandra ceny wzrosły - aż się boję co będzie jak mu się parę dzieciów urodzi)  Startują jednak inni, gdzieś w dole widzę Prezesa i oceniając to z mojej perspektywy przez chwilę wydaje mi się że ma „pozamiatane”.  Tym bardziej jestem zdziwiony tym co się dzieje. Krzysiek po starcie np. wcale nie przejmuje się tym,  ze nie nosi i nie wychodząc nawet nad grań zapitala na wschód, by po chwili zniknąć mi z oczu za kolejnym grzbietem.  Piachu, i Prezes a za nimi Tomek nie wytrzymali chyba ciśnienia (domniemanie autora – niczym nie uzasadnione) i walą za nim.  Obłęd ja tu się nie mogę wykręcić a gości już nie widać.  Lecę oczywiście za nimi szanując każdy metr i robię wysokość gdzie tylko się da.  Po jakimś czasie mijamy się z Tomkiem który zawrócił na start. Przez radio słyszę że chłopaki walę przez dolinę na drugą grań.  Wlokę się niemiłosiernie – dolatuję do pierwszej doliny i ……   wymiękam.   Widzę na środku doliny kilka glajtów, lotnie które kręcą się w parterze i postanawiam zawrócić. Wydaje mi się że jest jeszcze za wcześnie na przeskok. Wracam na start do którego mam 12 km. Pod wiatr trwa to całe wieki. Znowu mijamy się z Tomkiem który po raz kolejny leci zaatakować anteny. W radiu cisza .  Nad startem kręci  się reszta „naszych”.  Relax zaznacza mi fajny kominek – wyjeżdżamy razem dość wysoko.  Zgłaszam przez radio że lecę z powrotem w kierunku anten. Teraz jest o wiele łatwiej – termika już sobie pracuje, nad skałami idą takie strzały że sterówki urywa.  Przelot przez dolinę to teraz bajka tym bardziej ze po drodze kominy znaczą mi lotnia, szybowce i gostek na Atisie.  Przez radio słyszę, że nasi są „już bezpieczni”.  Chyba jednak przeszarżowali.   Warun zupełnie inny – zaczyna się to o czym pisał Tomek. Jest łatwo, prosto i przyjemnie.  Anteny tuż tuż. Postanawiam ze je sobie oblecę i wyląduję gdzieś przy autostradzie bo wracać nie mam po co, punkty zwrotne już wykorzystane więc powrót nie ma sensu. Wyluzowany wlatuję na skały przed antenami pewien ze zaraz wyjadę do góry i …………………..   zupa :) Jadę w dół w tempie takim że ledwo daję rady przelecieć nad autostradą i znaleźć coś do lądowania.  Zadanie niby wykonane ale „niesmak został” można było się pilnować i polatać wokół tych anten. Robię sobie fotkę na ich tle i wysyłam MMS-em kolegom (ale menda jestem).  Za chwilę jest Relaks  (dzięki Wieśku na naprawdę super wyjazd –  To dzięki Tobie nie musiałem się niczym martwić i mogłem sobie bezstresowo lecieć „gdzie oczy poniosą”), zgarniamy Krzyśka, który po zaliczeniu anten odwalił jeszcze parę km z wiatrem  i powrót do domku. Mimo, iż byliśmy na trzy auta wracamy „każdy sobie rzepkę skrobie”. Szkoda,  bo przez to na Węgrzech a nawet tu w Polsce,   błądzimy trochę tracąc czas i kilometry.
Wacek
Dodano:2010-06-11
Wszelkie prawa zastrzeone. Materiay prezentowane w serwisie s wasnoci Teamu "Born to Fly".
Kopiowanie materiaw bez zezwolenia zabronione.
statystyka